środa, 2 stycznia 2013

Umorzenie będzie mógł uzyskać każdy, kto w okresie od dnia 1 stycznia 1999 r. do dnia 28 lutego 2009 r. podlegał obowiązkowo ubezpieczeniom: emerytalnemu i rentowemu oraz wypadkowemu, z tytułu prowadzenia pozarolniczej działalności i nie opłacił należnych z tego tytułu składek.

Więcej pod: http://www.lex.pl/czytaj/-/artykul/14-01-2013

niedziela, 30 grudnia 2012

Życzenia noworoczne

Płoną sztuczne ognie, płynie już muzyka, idzie Nowy Rok, stary już umyka wiec wznieśmy puchary, tańczmy do rana, niech los nam nie szczędzi kawioru i szampana.


piątek, 21 grudnia 2012

Życzenia świąteczne


Tradycyjnie jak co roku
sypią się życzenia zewsząd,większość życzy świąt wesołych
i podarków znakomitych,a ja życzę, moi drodzy,
byście święta te spędzili tak jak każdy sobie wymarzy.
Może po cichutku bez hałasu idąc na spacer gdzieś do parku,
może w gronie swoich znajomych jedząc karpia z jednej miski,
może gdzieś tam w ciepłym kraju czując się jak Ewa w raju,
może lepiąc gdzieś bałwanka, jeśli dużo śniegu napada.


sobota, 8 września 2012

VAT OD DARMOWYCH PORAD PRAWNYCH


W połowie maja Naczelna Rada Adwokacka zwróciła się m.in. do Ministra Finansów z zapytaniem o wyjaśnienie problemu świadczenia darmowej pomocy prawnej przy okazji ogólnopolskiej akcji „Adwokaci Pro Bono” na gruncie podatku od towarów i usług. Od dnia 1 maja br. prawnicy obowiązani są bowiem rejestrować w kasie fiskalnej oraz wydawać swoim klientom paragony z tytułu świadczonych usług. Jednocześnie uchylanie się od tego obowiązku może skutkować określonymi konsekwencjami karno-skarbowymi. Wprowadzone zmiany spowodowały wiele niejasności co do konieczności opodatkowania udzielanych za darmo porad prawnych.
W odpowiedzi z dnia 1 czerwca 2011 r. (PT3/812/41/217/11/LWA/BMI9 6850) Ministerstwo Finansów poinformowało, iż to, czy darmowe porady prawne udzielane przez prawników podlegają opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług zależy w głównej mierze od tego, czy korzyści z udzielonej porady odnosi osoba (podmiot) uzyskujący darmową poradę, czy też udzielający porady. Z brakiem opodatkowania, zgodnie z wyjaśnieniami Ministerstwa Finansów, będziemy mieli do czynienia „jeżeli celem prowadzonych nieodpłatnie działań jest budowanie pozytywnego wizerunku kancelarii, co w efekcie prowadzi do pozyskania nowych klientów, a działania te znajdują odzwierciedlenie np. w podejmowanych przez podatnika akcjach informacyjnych (…) w takiej sytuacji włączenie się w działalność pro bono celem uzyskania z tego tytułu korzyści dla kancelarii odsuwa w świetle przepisów o podatku od towarów i usług na dalszy plan analizę korzyści, które w ramach tego działania odnosi podmiot uzyskujący nieodpłatną poradę prawną”. Jeżeli jednak prawnik udzieli porady prawnej w ramach pomocy prawnej, wsparcia prawnego wówczas obowiązany będzie (zgodnie z udzieloną informacją) opodatkować taką usługę - „w innym przypadku, jeśli celem nieodpłatnego świadczenia jest przede wszystkim udzielenie danemu podmiotowi korzyści w postaci bezpłatnego wsparcia prawnego, usługi takie podlegają opodatkowaniu na zasadach ogólnych a podstawą opodatkowania tych usług jest koszt ich świadczenia poniesiony przez podatnika zgodnie z art. 29 ust. 12 ustawy o podatku od towarów i usług”.
Wydana informacja (nie interpretacja, co zaznacza Minister Finansów) budzi zdumienie, bowiem zgodnie z twierdzeniami Ministerstwa Finansów, jeżeli adwokat udziela darmowych porad mając na względzie promocję firmy lub, ogólniej rzecz ujmując, określone cele gospodarcze, wówczas takiej czynności nie opodatkuje, natomiast jeżeli porady udzieli charytatywnie, podatek w stawce podstawowej jak najbardziej doliczy do kosztu wykonanej usługi. Zaistniałą sytuację można było rozwiązać w sposób szybszy i prostszy, bez konieczności wydawania rachitycznych wyjaśnień. Otóż zgodnie z art. 82 ust. 3 ustawy o podatku od towarów i usług, Minister Finansów może, w drodze rozporządzenia, wprowadzić inne niż określone w art. 43-81 zwolnienia od podatku. Uniknięto by zapewne wielu problemów, w szczególności mając na uwadze to, iż podobne działania prowadzone są już od kilku lat.

Adrian Kozakiewicz
Młodszy Konsultant Podatkowy
ISP Modzelewski
Materiał pochodzi z http://www.iform.pl

wtorek, 21 sierpnia 2012

Roznosili ulotki, a teraz muszą za to... płacić. "Pracodawca" publikuje listę "dłużników"


Chcieli zarobić na wakacje, teraz sami muszą zapłacić. Roznosiciele ulotek jednej z firm świadczących porady prawne nie tylko pracują za darmo, ale muszą płacić właścicielowi kilkutysięczne odszkodowania. Wszystko zgodnie z prawem.
Anita uczy się w liceum. Na jednym z portali internetowych zamieściła ogłoszenie, że szuka pracy: - Ten pan zaproponował mi roznoszenie ulotek w Krakowie za 10 złotych za godzinę. Umówiliśmy się na spotkanie i podpisanie umowy. Mówił rzeczowo, zdziwiło mnie tylko to, że nie ma żadnego biura i umowę podpisujemy w McDonaldzie.

Wraz z podpisaniem umowy pokwitowała odebranie 10 tysięcy sztuk ulotek, które Radosław M. miał dosłać pocztą. Biura w Krakowie nie ma, bo jego firma oferująca porady prawne i tłumaczenia ma siedzibę w Pszczynie. Anita o rozpoczęciu pracy miała informować szefa SMS-em, a w zeszycie i na mapce zaznaczać, gdzie dokładnie rozniosła ulotki. Po powrocie do domu z ciekawości sprawdziła firmę w internecie. - To, co zobaczyłam, przeraziło mnie. Ludzie na forach pisali, że to oszust, że nie płaci i oskarża pracowników o wyrzucenie ulotek, niewykonanie pracy i każe im płacić ogromne odszkodowania - opowiada.

Chcesz rozwiązać umowę? 2 tys. kary

Postanowiła jak najszybciej się wycofać. Po dwóch dniach do Radosława M. wysłała rozwiązanie umowy. Wtedy dostała SMS-a, że zgodnie z umową musi zapłacić karę w wysokości 2 tys. zł. I rzeczywiście, paragraf 8 umowy brzmi: "W razie nieprawidłowości w wykonaniu dzieła (...) Wykonawca obowiązany jest do zapłaty kary umownej w wysokości 5000 zł. Kwota ta stanowi odszkodowanie w ramach utraty czasu poświęconego zawarciu umowy i czasu kontroli, jak i utraty prawidłowego reklamowania firmy w czasie trwania zlecenia, utraty przekazanych ulotek, uniemożliwienia zatrudnienia innego pracownika w ww. czasie i innych strat spowodowanych działaniami Wykonawcy".

Identyczną umowę podpisał Sebastian Krawczyk, student z Krakowa. Ale on ulotki roznosił przez dwa miesiące. Kiedy upomniał się o wypłatę, zaczęło się. - Dzwoniłem kilkanaście razy, a on ciągle mówił to samo: że jego pracownicy sprawdzają, czy prawidłowo wykonałem pracę, że stwierdzili niedociągnięcia, że na takiej i takiej ulicy ulotek nie zostawiłem - denerwuje się. - Jak on mógł to sprawdzić, szczególnie po takim czasie? Ja wszystkie ulotki rozniosłem i każdą lokalizację notowałem w zeszycie i na mapce - dodaje.

Radosława M. te zapewniania nie przekonały. Nie tylko nie zapłacił Sebastianowi za pracę, ale po kilku tygodniach zażądał kary za niewykonanie zlecenia. - Dostałem SMS-a, że mam zapłacić 2 tys. zł, a później - informację, że kwota wzrosła do 3 tys. i że wpisał mnie na listę dłużników na swojej stronie internetowej.

I rzeczywiście, na stronie firmy jest zakładka "Czarna lista", a na niej 454 "dłużników". Imię, pierwsza litera nazwiska, miasto i kwota do zapłaty. W kolejnej zakładce skany wygranych spraw sądowych. - Czytałam na forach, że on te sprawy wygrywa i ludzie muszą mu płacić, bo umowa jest zgodna z prawem. Konsultowałam ją z adwokatami, byłam nawet w prokuraturze, ale za każdym razem słyszałam, że nic nie można z tym zrobić, bo umowa jest podpisana i prawomocna - mówi Anita.

Winny oszustw, znów oskarżony

To, niestety, prawda. - Umowa, która została podpisana, zgodnie z prawem obowiązuje - potwierdza były minister sprawiedliwości profesor Zbigniew Ćwiąkalski. - Ale ja na pewno bym jej nie podpisał, bo zawiera kilka dziwnych paragrafów, jak chociażby podstawy kary umownej, której pracodawca żąda m.in. za czas poświęcony na podpisanie umowy. To kuriozum - ocenia.

Co na to właściciel firmy? Kiedy odebrał telefon, za wyjaśnienie historii Sebastiana i Anity zażyczył sobie 100 złotych za każdą minutę rozmowy, bo - jak stwierdził - jego czas jest bardzo cenny. I na pewno ceni sobie każdą minutę na wolności, bo okazuje się, że był już karany za oszustwa, a teraz w przed Sądem Rejonowym w Siemianowicach Śląskich toczy się przeciwko niemu postępowanie ws. kolejnych. Co ciekawe, nie chodzi o rozdawanie ulotek, ale o porady prawne, które tymi ulotkami reklamował.

- Jeżeli te sytuacje się powtarzają i te osoby są świadomie wprowadzane w błąd co do warunków wykonywania pracy, bądź też nie dostarcza się im ulotek mimo pokwitowania, można domniemywać, że dochodzi do przestępstwa oszustwa - wyjaśnia prof. Ćwiąkalski. - Sprawą należałoby zainteresować prokuraturę z zaznaczeniem, że tych przypadków jest wiele, bo w pojedynkę nie mają większych szans - radzi.

Sebastian na razie wakacyjnej pracy ma dosyć. Ania, zamiast pracować i mieszkać z koleżanką w Krakowie, wróciła do rodziców do rodzinnej wsi. Kar płacić nie zamierzają. Nie mają z czego. Sebastian postanowił zgłosić sprawę na policję. - Cztery razy się zastanowię, zanim następnym razem podpiszę jakąkolwiek umowę - zarzeka się.

Anita jeszcze się boi. Na razie Radosław M. przestał wysyłać jej SMS-y z ponagleniem zapłaty. - Ja się nawet do niego nie odzywam, bo słyszałam, że jeśli któryś z "dłużników" próbuje się z nim kontaktować, jest oskarżany o nękanie - mówi. Ale nie wyklucza, że jeśli inni też się zdecydują, zgłosi sprawę do sądu.

Materiał pochodzi z http://www.tokfm.pl

niedziela, 22 lipca 2012

Licencjat na kierunku humanistycznym i 13 tys. zł wystarczą, by w dwa i pół roku zostać magistrem prawa


Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej jako pierwsza w kraju otwiera studia prawnicze drugiego stopnia.
Daria Pawełczak parę tygodni temu skończyła prawo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Uczyła się pięć lat. - Magister prawa w dwa i pół roku? To niemożliwe. Po pięciu semestrach czułam, że umiem niewiele.

- Na Zachodzie prawo można studiować po wcześniejszym uzyskaniu tytułu licencjata na innym kierunku, np. ekonomii. Dzięki temu prawnik ma szersze horyzonty - przekonuje prof. Teresa Gardocka, prorektor Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

SWPS jako pierwsza uczelnia w kraju uruchamia studia prawa drugiego stopnia. Prawnikiem w pięć semestrów będzie można zostać w Poznaniu i w Warszawie. Koszt? Na studiach stacjonarnych: 7 tys. zł za rok. Na niestacjonarnych będzie taniej: 5,5 tys. zł.

Pionierska oferta SWPS

Przyjęta przez Polskę Deklaracja Bolońska wymaga, by studia były prowadzone w systemie trzy plus dwa (trzy lata studiów licencjackich i dwa magisterskich). Po jej wprowadzeniu w 2005 r. pozostało dziesięć kierunków, na których studia musiały trwać pięć lat. Jednolite studia magisterskie musiał mieć za sobą przyszły prawnik, lekarz, psycholog, aktor czy farmaceuta. W październiku zeszłego roku Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zgodziło się, by prawo i psychologię podzielić. SWPS skorzystała z tej możliwości jako pierwsza.

Na szybkie prawo będą mogły aplikować osoby posiadające tytuł lekarza, magistra albo licencjata dowolnego kierunku społecznego lub humanistycznego. W programie są zajęcia m.in. z prawa cywilnego, gospodarczego, karnego. Wykładowcy: prof. Marek Chmaj, specjalista prawa samorządowego, czy Andrzej Wróbel, sędzia Trybunału Konstytucyjnego. Przyspieszone studia dadzą absolwentom takie same uprawnienia jak te pięcioletnie: możliwość zdawania na aplikacje prawnicze, robienia doktoratu.

Jaka będzie jakość dyplomów?

Prawnicy są podzieleni w swoich opiniach na temat dwuipółletnich studiów prawniczych.

- Prawnik musi nauczyć się myślenia w określony sposób, by potrafił dopasować wiedzę i przepisy do różnych sytuacji. Nie wiem, czy to możliwe w pięć semestrów - zastanawia się Miłosz Grzybowski, poznański radca prawny. - Studia prawnicze to ogrom materiału, na którego opanowanie potrzeba czasu i przede wszystkim praktyki.

- Dzielenie studiów prawniczych na dwa stopnie nie jest złym pomysłem. Licencjaci po prawie mogliby pracować np. w policji - mówi prof. Krystyna Wojtczak, prodziekan Wydziału Prawa i Administracji na UAM. Pani profesor ma jednak wątpliwości co do jakości dyplomów magistrów prawa po dwóch latach studiów. - Powinno zareagować Ministerstwo Sprawiedliwości: ustalić, jakie uprawnienia ma magister prawa po pięciu, a jakie po dwóch latach studiów.

Klaudyna Krupa, studentka prawa z Uniwersytetu Jagiellońskiego, działająca w stowarzyszeniu młodych prawników Elsa: - Sprawa jest niejednoznaczna. Czy zależy nam na profesjonalistach, ekspertach rynku usług prawniczych, czy na masowej produkcji ludzi z szerszą świadomością prawną?

Będą musieli uzupełniać

Czy dwa i pół roku wystarczy, by przygotować do trudnego egzaminu na aplikację? - Osoby, które rozpoczną takie studia np. po administracji, nie powinny mieć większego problemu z programem - przekonuje prof. Chmaj. - Ci, którzy uczyli się wcześniej czegoś innego, np. socjologii czy ekonomii, z pewnością będą musieli uzupełnić braki z pewnych bazowych przedmiotów. To nie jest łatwe, ale przy odpowiedniej pracy całkowicie możliwe.

- Przepisy pozwalają stworzyć studia drugiego stopnia, składające się z czterech semestrów, ale ze względu na ilość materiału zdecydowaliśmy się na organizację pięciu semestrów - mówi prof. Gardocka.

SWPS zastanawia się teraz nad wprowadzeniem dwustopniowych studiów psychologicznych. - Przepisy wciąż są niejasne i nie wiadomo, jakie uprawnienia miałaby osoba z licencjatem z psychologii, dlatego zdecydowaliśmy się z takimi studiami na razie zaczekać - mówi prof. Gardocka. 


Więcej... http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,12160884,Zostan_magistrem_prawa__Wystarcza_dwa_lata_.html#ixzz21LafkJfz

wtorek, 17 lipca 2012

Świnia.pl: plują na kogo chcą. Jak sobie z tym radzić?


Codziennie na stronie swinia.pl przybywa osób, które są ofiarami zniesławienia i szkalowania przez innych. Sądy każą im bronić się na własną rękę. Ale jest pewien sposób na zmuszenie organów ścigania do samodzielnego działania.

Szmata, dziwka, ćpun, sukinsyn – to tylko łagodniejsze z całej palety określeń, które można spotkać we wpisach umieszczanych w serwisie swinia.pl. Strona od pewnego czasu wywołuje duże poruszenie w polskiej sieci, jednak nadal funkcjonuje bez większych przeszkód. Choć gołym okiem widać, że jest przeznaczona tylko do jednego celu, i to w dodatku sprzecznego z polskim prawem. Niestety okazuje się, że egzekwowanie tego prawa w podobnych wypadkach pozostawia wiele do życzenia.
Napluj na kogo chcesz
Zasada funkcjonowania serwisu swinia.pl jest dosyć przejrzysta: po zarejestrowaniu się każdy użytkownik może umieścić na platformie wpis dotyczący konkretnej osoby (na przykład niezbyt lubianej koleżanki), dodać jej zdjęcie i opatrzyć obraźliwym opisem zawierającym dowolne epitety. Następnie inni użytkownicy strony mogą umieszczać poniżej swoje komentarze. Sami twórcy serwisu nazywają ten mechanizm „podkładaniem świni”.
Niestety okazało się, że pomysł uruchomienia podobnej platformy trafił dokładnie w gusta najgorszej części społeczności internautów. W dniu pisania tego tekstu w serwisie funkcjonowało ponad 2200 wpisów prześcigających się w nieskrępowanym pluciu na w większości bogu ducha winne osoby. Popularność platformy także niestety jest spora. Może o tym świadczyć fakt, że po założeniu tam przez Komputer Świat nowego eksperymentalnego konta i umieszczeniu wątku z zupełnie neutralnym opisem w ciągu dziesięciu minut doczekał się on ponad 50 odsłon.
Nie wiadomo jakie są motywy, które pchają niektórych internautów do aktywnego korzystania ze wspomnianej witryny – to zapewne bogaty materiał dla socjologów, a w niektórych wypadkach być może także dla psychiatrów. Niestety wiadomo za to, co według twórców serwisu mają zrobić ofiary szkalowane w konkretnych wpisach. Otóż mogą one usunąć konkretne wątki ze sobą w roli głównej, ale pod jednym warunkiem – wniesienia za pośrednictwem SMS-a opłaty w wysokości 24 złotych. To zaś może oznaczać prawdziwą żyłę dla założycieli strony. Nietrudno bowiem policzyć, że w sytuacji, gdy wszyscy poszkodowani zechcieliby skorzystać z tego sposobu, to do kieszeni twórców serwisu trafiłyby prawie 53 tysiące złotych. A nigdzie nie ma gwarancji, że raz usunięty wpis nie pojawi się ponownie, tyle że w nieco zmienionej formie.
Obrona niełatwa, ale możliwa
Co w tej sytuacji mają zrobić osoby obrażone w wulgarny sposób w serwisie swinia.pl? Czy pozostaje im jedynie przyjąć pokornie warunki twórców strony i zapłacić wspomniany haracz za usunięcie szkalującego ich wpisu? Niekoniecznie, ale podjęcie oficjalnych działań nie oznacza niestety ani łatwej drogi, ani szybkich efektów.
Dwie internautki z Pomorza obrażone na stronie swinia.pl zgłosiły na policji doniesienie o popełnieniu przestępstwa. Policjanci przyjęli zgłoszenia, po czym przekazali je dalej, czyli do sądu. Tymczasem sąd polecił pokrzywdzonym samodzielne ustalenie numerów IP komputerów i innych danych autorów obraźliwych wpisów. To skazało wspomniane internautki na działanie na własną rękę, i to niestety w majestacie polskiego prawa.
- Chodzi o przestępstwo, którego ściganie odbywa się z oskarżenia prywatnego - jest to jeden z wyjątków od zasady przeważającej w przypadku większości przestępstw, to znaczy oskarżenia publicznego. Wtedy sprawę prowadzi prokurator – tłumaczy Natalia Bartsch, adwokat z kancelarii Kochański, Zięba, Rapala i Partnerzy. - Stąd wynika wiele utrudnień, bo to nie prokurator jest oskarżycielem, lecz dana osoba, która oczywiście może ustanowić profesjonalnego pełnomocnika.
Według mecenas Bartsch jako bohaterowie szkalujących nasze dobre imię wpisów możemy interweniować u administratora serwisu pomimo braku wspomnianej wcześniej wpłaty:
- W oparciu o art. 14 ust. 1 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną administrator, który uzyskał wiarygodną wiadomość o bezprawnym charakterze przechowywanych na jego stronie wpisów, nie odpowiada za te wpisy jeżeli je usunie lub uniemożliwi do nich dostęp. W przeciwnym razie od momentu uzyskania wiarygodnej wiadomości o bezprawnym wpisie również administrator ponosi odpowiedzialność za ich treść. Ustawa oczywiście nie przewiduje tu żadnych opłat. Zatem brak dokonania opłaty wskazanej w regulaminie nie będzie miał wpływu na chwilę, od której administrator strony również ponosi odpowiedzialność za treści. Oczywiście te treści, jak i prawa które naruszają trzeba administratorowi w sposób konkretny wskazać.
Widać więc, że założyciele serwisu nie są w pełni chronieni od odpowiedzialności za umieszczane tam wpisy pomimo zastrzeżenia w regulaminie, że w zasadzie za nic nie odpowiadają.
Ofiary ataków w serwisie swinia.pl nie muszą też być pozostawione same sobie, bez wsparcia organów ścigania. Poszkodowani mogą bowiem złożyć wniosek o zabezpieczenie dowodów, a wówczas sąd będzie musiał wystąpić do administratora strony o podanie numerów IP autorów wpisów.
Pozostaje jeszcze jeden sposób, który podsuwa mecenas Bartsch:
 
- Do rozważenia w konkretnej sytuacji pozostaje, czy dany sprawca swoim zachowaniem nie wypełnia znamion tzw. przestępstwa stalkingu, które jest pewną nowością w naszym Kodeksie karnym (190a k.k.). To przestępstwo jest już ścigane z oskarżenia publicznego, potrzebny jest jedynie wniosek osoby pokrzywdzonej.
W tym ostatnim wypadku trzeba będzie przekonać policję, że z powodu agresywnych wpisów na nasz temat czujemy się na przykład zagrożeni. Wówczas istnieje szansa na zakwalifikowanie całej sprawy jako wspomniany stalking, a to powinno zmusić polski system prawny do samodzielnego działania bez dalszego udziału pokrzywdzonych.
Przy okazji kontrowersji wokół serwisu swinia.pl powróciły stawiane już wcześniej pytania o konieczność przystosowania polskiego prawa do nowej, internetowej rzeczywistości. I stworzenia mechanizmów, które pozwoliłyby szybko blokować strony siejące w sieci nienawiść. Na razie jednak na dyskusjach się kończy, co pozwala bez przeszkód działać podobnym serwisom nawet przez wiele lat zanim uda się je zamknąć.
Materiał pochodzi z http://www.komputerswiat.pl